Palio di Siena

Zawsze (serio) kiedy zrobię nowe zdjęcia, nie ma siły, żebym nie zaczęła ich od razu opracowywać. Nieważne, że jest późno, a następnego dnia pracuję. Nieważne, że zapominam jeść, pić czy wybrać się do toalety od czasu do czasu. Niezbyt to zdrowe, no ale co poradzę (szczególnie kiedy nie chcę poradzić na to nic). To frajda, nie powinno się jej psuć. A tu niespodziewanka – zdjęcia z tegorocznych wakacji leżą i gdyby była taka opcja to pewno obrosłyby mchem czy pleśnią czy inną oznaką zaniedbania. Ale nadejszła wiekopomna chwila i opracowałam zdjęcia z Sieny i lipcowego palio.

A Palio di Siena to istny hit. Ten jeden dzień pokazał mi takie Włochy, o jakich wszyscy mówią. Czy to żartobliwie czy nie. Włosi żyją tym wyścigiem, miasto jest mu całkowicie podporządkowane, to kwestia niewyobrażalnego honoru – liczy się tylko wygrana. Nie ma półśrodków, drugie miejsce nie satysfakcjonuje.

Sklepy? Zamknięte. Większość z nich nawet nie fatyguje się, żeby powiesić kartkę, że to ze względu na wyścig. Nie muszą, każdy wie o tej oczywistości. Sorry, turysto. Otwarte są tylko sklepiki z pamiątkami, gdzie głównie sprzedaje się 17 różnych flag, bo Siena to 17 contrade (dzielnic). I 17 symboli, z których dla mnie najbliższym jest l’oca czyli gęś. Ale mamy też inne zwierzęta (też te fantastyczne): orła, gąsienicę, ślimaka, sowę, smoka, żyrafę, jeżozwierza, jednorożca, wilczycę, panterę, żółwia, barana, ale także muszlę, falę, las i wieżę. Na pewno nie wzięło się to znikąd i jak większość kwestii we Włoszech ma swoją długą historię, której nie wolno kwestionować. Tak jest i koniec. Walczę w imieniu jednorożca, nie zadawaj pytań.

Każda z dzielnic ma swojego jeźdźca. Ale nie ma swojego konia. Do czasu. Na trzy dni przed wyścigiem burmistrz losuje konia dla każdej kontrady. Docelowo ściga się 10 koni z 10 dzielnic, a wybiera się je w jakiś dziwny sposób, którego nie zrozumiałam do tej pory. W każdym razie w tym krótkim czasie jeździec musi odwalić kawał roboty i albo się ze zwierzęciem dogada i dogra albo nie. Fajnie, jeśli trafi mu się szybki koń. Gorzej jeśli to powolny konik. Wtedy nieważne jak dobrym dżokejem jest, ma przerąbane. Ha, wcale nie. Może się jeszcze dobrze ustawić. Na linii startu oczywiście. Z którymś dżokejem się dogada, kopnie tego, którego nie lubi jego „zaprzyjaźniona” kontrada (przyjaźń między kontradami nie istnieje, to tylko chwilowe sympatie, które są dogodne w danym momencie), a jej dżokej w zamian zatoruje drogę ich wspólnemu wrogowi. Wygrać nie wygra, ale przynajmniej nie będzie miał aż takiej skazy na honorze. Najlepsze jest to, że wcale nie musi być na koniu. Może tak powkurzać innych dżokejów, że ci w przypływie agresji (a o to nietrudno) zadbają o to, żeby z konia zleciał, nawet po nim przebiegną, jeśli nie da się tego uniknąć. Ale liczy się koń, który kontynuuje wyścig sam i jeśli będzie pierwszy to nadal wygrywa. Olać dżokeja.

To co? Konie bez siodeł, jeźdźcy bez przyzwoitości i zasad. Ale tylko przez trzy okrążenia. Trzy okrążenia i finito? Nieee, wyścig teoretycznie zaczyna się o 19:00. Ale konie muszą stać przodem, wszystkie w jednej linii, a bieg rozpoczyna jeden wylosowany jeździec, który stoi za całą resztą. To on decyduje o wszystkim i to on jako pierwszy musi przeciąć linię startu. I tu zaczynają się schody. Konie się niecierpliwią, gryzą siebie nawzajem, gryzą innych jeźdźców. Co chwilę ustala się krótką przerwę i wszyscy rozjeżdżają się po torze, żeby trochę uspokoić zwierzęta. Jeśli już wystartują to istnieją wielkie szanse, że był to falstart. Wtedy mniej więcej w połowie okrążenia wyścig się przerywa i całość zaczyna się od nowa. Myśmy na wyścig właściwy czekali prawie dwie godziny. Prawie dwie godziny w malutkiej knajpie, gdzie obłożenie wynosiło jakieś 400%. Nie było gdzie usiąść, jak się obrócić, na zewnątrz jakieś 28 stopni, a środku grubo ponad to. Wszystko to dla kilku minut emocji. Coś pięknego 😀

A jeśli już o oglądaniu palio mowa to opcji jest kilka. Orientujesz się kilka długich miesięcy wcześniej, że chcesz obejrzeć palio na żywo. Kupujesz bilet na trybuny za ok. 400/500 € i cieszysz się doskonałym widokiem. To dla tych, którzy potrzebują dreszczyku emocji w okresie jesienno-zimowym. Bo jeśli orientujesz się później to zostaje ci opcja hardkorowa, czyli miejsce w samym środku placu. Żeby być przy barierce i rzeczywiście zobaczyć 3 razy mignięcie koni, musisz zacząć koczować ok. 12:00. Południe, otwarty plac, istna patelnia i piekło. Ale jakie przeżycie 😀 Myśmy wybrali trzecią opcję, czyli oglądanie relacji telewizyjnej w knajpie w kontradzie najbliżej toru. I to sprawdziło się doskonale, bo zaraz po wyścigu wszyscy wychodzą na ulice, przez które prowadzi się konie, a zwycięski koń to ma taką obstawę i taki festyn dookoła, że aż mu współczuję. W każdym razie emocji jest multum i wolę być w środku tego niż w środku tego kotła podczas właściwego wyścigu. Ale co kto lubi. Wydaje mi się, że istnieje jeszcze jedna cichociemna opcja – w budynkach, które otaczają plac, gdzie odbywa się całe zajście, są sklepy. A okna tych sklepów wychodzą idealnie na miejsce akcji. Ich właściciele czy pracownicy to osoby o największym szczęściu tego dnia – lepszej miejscówki chyba nie znajdziesz. Także warto JAKOŚ się z takim właścicielem dogadać… 😀

Niestety kontrada gęsi, w której oglądaliśmy wyścig, nie wygrała. Była druga. Myślę sobie, no to nieźle, drugie miejsce, jest się z czego cieszyć. W tym momencie większości Włochów, którzy stali za mną, już nie było w knajpie. W sekundzie, w której wyścig się skończył, oni rzucili kilka głośnych przekleństw i wyszli. Co najlepsze, najbardziej „agresywną” osobą była urocza starsza pani. Takich wiązanek to ja nie słyszałam nawet od Włocha jak Juve przegrało w finale ligii mistrzów w zeszłym roku. Dobra, najwyraźniej drugie miejsce w wyścigu ich nie satysfakcjonuje. „Nie satysfakcjonuje” to ładny eufemizm. Wyszliśmy, żeby wreszcie trochę pooddychać, a tam koniec świata. Kobiety ryczały. Dosłownie. Dzieci to tam pal licho, jeszcze zrozumiałe, ale dorosłe i starsze kobiety zawodziły. Padały sobie w ramiona, pocieszały się wzajemnie, uspokajały. Faceci na pełnym wkurwie. Pierwszy raz zdarzyło mi się, że ktoś odepchnął mnie, kiedy chciałam zrobić zdjęcie. Przegrane kontrady zaczęły ściągać swoje flagi ze ścian budynków, natomiast w tej zwycięskiej szykowała się całonocna impreza.

To, co najbardziej zapadło mi w pamięci to szacunek do koni. One są tam jak święte. Nie dość, że całe miasto żyje tym wydarzeniem, to jeszcze zjeżdża się naprawdę mnóstwo turystów, którzy chcą zobaczyć palio. W skrócie – miasto jest zapchane do granic. Ulice są pełne, głośne i jak na Włochy przystało – ciasne. I prowadzi się nimi konie, innej drogi nie ma. Więc siedzimy sobie z Włochem przed jakąś knajpą i pijemy sobie piwko (takie zimne nastro azzurro, ooooo). Nie wiem jakim cudem dorwaliśmy stolik, świat był dla nas życzliwy. W każdym razie gwar, ciasnota, śmiechy, wrzaski. Słowem – Włochy. Mężczyzna prowadzi konia do wyścigu i zrobił tylko „ćśś”. CISZA. Dosłowna cisza. Miejscowi, turyści – wszyscy zamilkli.

To jest jedynie namiastka tego, co się tam wydarzyło i tego, czym jest palio. A to nawet nie był pełen dzień spędzony w Sienie. Można by pisać i pisać, a dygresjom nie byłoby końca. Nie wspominając o tym, jakie to miasto jest PRZEpiękne. W sumie to się cieszę, że te zdjęcia zdrowo poczekały aż łaskawie się nimi zajmę. Mam trochę wakacji w środku października 😀 A jeszcze kilka ładnych setek plików przede mną, yeha!